[tęsknota blogersa] 2010-12-03 00:18:31

czas wracać?

skomentuj (1)

[My Joyes are Comming] 2009-05-26 23:47:51

f. scott fitzgerald, którego nigdy nie czytałam i zatem nigdy nie podejrzewałam o tak duże dawki humoru. oczywiście to, że sięgnęłam po fitzgeralda zbiegło się z nadrabianiem filmowych zaległości. różnica między benjaminem buttonem a benjaminem buttonem. epickie, hollywoodzkie fimidło, podróż przez dwudziesty wiek, marynarze, romanse. i tak krótka przezabawna historia, która zaczyna się od brodatego siedemdziesięciolatka na oddziale położniczym.

muzyka z getta: brave old world: dus gezang fin geto lodz. coraz bardziej zachwycają mnie zasoby lokanej biblioteki, bowiem natknęłam się tam również na tobiasa hume'a, nad którym zeszłej zimy długo zastanawiałam się w krakowskim empiku (kupić czy nie kupić).

film beli tarra (werckmeister harmonies) zupełnie nie do strawienia, pewnie dlatego że liczyłam na więcej... AKCJI.

no a już za parę dni terytoria nadbałtyckie, chwila odpoczynku od więziennych (sic!) murów.

skomentuj (0)

["patriotka stalam sie na emigracji"] 2009-03-16 09:41:27

pierwszy raz w zyciu obejrzalam "czlowieka z marmuru"  (w londynie, w 25 wiosnie). 

* * *
a oprocz tego pije duzo cydru. mysle tez (czytajac lamenty kreglickiej czy tam innej gesslerowej w wysokich obcasach o braku tegoz w polsce) ze moze powinnam zajac sie importem tego wspanialego trunku, albo nawet produkcja by potem sprzedawac go za krocie wszystkim ktorzy pragneliby skropic nim wieprzowa poledwice.

skomentuj (2)

[z krakowskiej ulicy] 2008-12-03 21:24:23

- ja to lubię wszystko zmieniać. Mieszkanie, otoczenie, męża.

(róg podwala i jabłonowskich)

skomentuj (0)

[belle reve] 2008-11-17 23:31:20


wczoraj okazało się że jednak potrafię w produktywny sposób wykorzystywać nadwyżkę wolnego czasu. poszłam do kina. mała sala w brytyjskim instytucie filmowym pękała w szwach - widać nie tylko ja postanowiłam obejrzeć tramwaj zwany pożądaniem w to mżyste niedzielne popołudnie. czułam się bardzo źle, pełna strachu przed ludźmi, paranoicznie nieśmiała, jednak starczyło mi odwagi żeby wstąpić o sainsbury's przy waterloo i kupić twaróg, który miał umożliwić mi zjedzenie ogromnego plastra wędzonego łososia, którego kupiłam dzień wcześniej (nie, nie przejmuję się już tragicznym stanem mojego konta, ani też tragicznym stanem światowej gospodarki, bardziej martwi mnie wszech-obecność tłuszczów nasyconych w mojej diecie). wróciłam do domu. przejrzałam wszystkie papiery, poodkładałam na odpowiednie, za przeproszeniem, kupki. odseparowałam książki biblioteczne od niebibliotecznych, ubrania czarne od białych, i kolorowe od niekolorowych. narysowałam kilka rzeczy (od dawna chodziło mi to po głowie), tak, dla własnej przyjemności, przede wszystkim zachwycające muskuły i przepocony podkoszulek marlona brando. opakowałam kilka prezentów. poprzeglądałam słownictwo z zakresu zasiłków i program kulturalny instytutu goethego. wróciłam do starego tłumaczenia "reading, writing and arithmetics" the sundays, pozmieniałam parę słów, schowałam z powrotem do szuflady. BB zadzwonił z berlina, ze swojej dekadenckiej (prosecco na śniadanie!), literackiej wyprawy, której mu bardzo zazdroszczę (zapomniałam już nawet czemu z nim nie pojechałam.., być może jak zwykle chodziło o stan konta). do późna czytałam artykuły na stronach wyborczej, to o seksie, to o II RP, to wydarzeniach w krakowie.

dziś przez kilka godzin bezskutecznie próbowałam kupić jakiś przyzwoity sweter i zjadłam brejowaty mięsny meal-for-one. w czwartek wsiadam w samolot. zostawiam tłoczne camberwell, i nieprzejezdną walworth road, a także trzy niezaliczone wystawy (polaroidy warhola, wzornictwo zza żelaznej kurtyny, bacona), ale po prostu już mi się nie chce.

skomentuj (1)

[niedziela] 2008-11-10 00:27:19

- A horse charges off on the suburban race-course, away through the fields and woodlands, riddled with carbonic plague. A sorry woman out of some drama, somewhere in the world, sighs for improbable surrenders to love. The desperadoes long for storms, drunkenness and wounds. Little children, along river-banks, utter curses under their breath. -

Rimbaud, transl. Martin Sorrell

skomentuj (2)

[notatki z autobusu: peckham high street] 2008-09-19 00:04:56

"all these chechnyans, bosnians, east europeans, the fucking scum of the earth" - krzyczy w autobusie staruszek, a ja siedzę pół metra od niego z moją wielką walizką, jak jakiś mały zastraszony uchodźca. 

skomentuj (4)

[notatki z pociągu] 2008-09-19 00:01:48

"Częstochowa wita pilegrzymów wielkim chujem" - panowie skandują w sąsiednim przedziale.
 
Piszę smsa o Morrisseyu, i kwiatach w rozporku (w teledysku This charming man są tylko na podłodze!), a potem słucham La Mar Enfortuny, i myślę sobie raz o szalonej Rachel, raz o Dybuku.  

skomentuj (0)

[notatki z podróży: warszawa] 2008-09-18 23:59:20

W Warszawie czuliśmy się jakbyśmy nigdy stamtąd nie wyjechali, jakbyśmy wracali z dwutygodniowych wakacji. Przez chwilę nawet udawało nam się podrzymać tę iluzję, bo zamiast jechać od razu na Ursynów wstąpiliśmy do knajpy na Wilczej, i po tych trzech lepkich piwach (sok malinowy, przykrótka słomka, w telewizorze to doda, to wiśniewski, na ścianie skrzyżowanie sarmaty z Janosikiem) gotowi byliśmy iść prosto na Marszałkowską. 

* * *

Na ulicach Warszawy postacie jak z Dickensa.

Kwiaciarka - starowinka z fioletowymi z zimna ustami siedząca na najrzadziej bodaj uczęszczanym skrzyżowaniu Śródmieścia (Mysiej z Bracką), zasłonięta w dodatku ogromnym samochodem dostawczym. Dwa bukiety (odrobinę przywiędłe, ale "najpiękniejsze") wylądowały u Alicji.

Potem było już tylko lepiej: oto mijam tańczącego psa u wylotu Chmielnej (do tańca przygrywa mu akordeonista). Daj złociaka dla misiaka na kurczaka, głosi kartka w koszulce. Pod Bliklem zaczepia mnie stara żebraczka w płaszczu skleconym z kawałków ortalionu/ worka na śmeci za pomocą grubej czerwonej nici.

Cóż, tym razem wybieram obojętność i siadam na latte w ogrzewanej kawiarni Costa, w której dowiaduję się, że kawę mogę teraz wziąć na wynos w kubku trzeciej generacji. 

skomentuj (0)

[notatki z podróży: praga] 2008-09-18 23:33:53

W Pradze panuje jakaś totalna golfomania. Po polach (malowniczo usytuowanych tuż nad samą Wełtawą) biegają nawet kilkuletnie dzieci. Siedmioletnie dziewczynki z trudem ciągnące swoje różowe mini-wózki.

W modzie są również rolki (do tego stopnia, że na podmiejskich ulicach można spotkać matki gnające na rolkach szybciej od samochodów i pchające przed sobą wózki ze śpiącymi słodko pociechami), siatkówka na sztucznej plaży (czynne do późna!) oraz masowe opalanie się nago na brzegu rzeki. Mężczyźni są zawodowo spaleni na mahoń, jakby wciąż żyli w epoce w kótrej promieniowanie UV nie było rakotwórcze. Z kolei kobiety wyglądają jakby właśnie zeszły, zstąpiły ze zdjęć Saudka, opuściły zagrzybiałe studio w suterenie, zdjęły pończochy i przyszły spędzić popołudnie nad rzeką.

skomentuj (0)

Księga Gości